Aktualności
Tłusty ryś w Tłusty Czwartek
11 lutego 2010 – Tłusty Czwartek. Wydawać by się mogło, że podtrzymanie tradycji będzie centralnym wydarzeniem dnia. A dzień zapowiadał się spokojnie, delikatna mgła opadając leniwie, zanikała w dolinie. Mimo mrozu szczypiącego w policzki, lekko zaróżowione niebo zwiastowało bezchmurną, dobrą pogodę. Codzienny obchód terenowy obfitował w tropy zwierząt pozostawione na śnieżnej, nieskazitelnej pierzynie. Pomykały tędy sarny, sznurował lis, a nieco dalej z pewnością buchtowały dziki. Nad głową zaskrzeczała sójka, pewnie wciąż wybierająca się za morze…
Wracałem do samochodu. W powietrzu roznosił się jeszcze huk spadającej z trzaskiem jodły. Minąłem polanę i rosnące nieopodal jabłonie, przypominające, że kiedyś stała tu chata… Doszedłem do drogi przecinającej rząd opustoszałych budynków gospodarczych, gdzie stał mój samochód.
Pojechałem do Wojtkowej, malowniczej wioski, przez którą płynie Wiar. Nie sądziłem, że dziś właśnie celnie wykorzystam „broń”, którą od dłuższego czasu z zamiłowaniem się posługuję – obiektyw aparatu. Niedaleko drogi zauważyłem siedzącego kota. Tak – w pierwszej chwili pomyślałem, że to kot, wskazywała na to bliskość zabudowań. Nawet nie myślałem, żeby się zatrzymać, ale właśnie w tym momencie podniósł się. To ryś! – powiedziałem sam do siebie. Zatrzymałem się. Serce zabiło mi mocniej, ale w tym pozytywnym zdenerwowaniu odruchowo sięgnąłem po aparat.
Przez szybę zrobiłem pierwsze zdjęcie. Nie spuszczając go z oczu powoli wysiadłem z samochodu. Oczekiwałem, że nie ujdzie i pozwoli mi lepiej się mu przyjrzeć. Czaił się za zaspą śniegu. Z pewnością chce przejść przez drogę – pomyślałem. Miałem wrażenie jakby obserwował każdy mój ruch. Byłem pewien, że za chwilę zobaczę go w całej okazałości. Tak!
Ignorując mnie wskoczył na drogę, a ja wycelowałem i uchwyciłem ten moment! Następnie odprowadziłem go wzrokiem w stronę zagajnika. Wciąż nie docierało do mnie, że zobaczyłem rysia, którego do tej pory oglądałem tylko w albumach.
Podekscytowany, z mocno bijącym sercem pojechałem w kierunku leśniczówki. Ten dzień na długo pozostanie w mojej pamięci, bynajmniej nie z powodu zjedzenia, w ostatecznym rozrachunku, dziesięciu pączków.
Tekst i zdjęcia: Rafał Maczyszyn
Stażysta w Nadl. Bircza

wyślij newsa






